Spis treści:
- Dlaczego niektóre polskie słowa tak trudno odmienić przez przypadki?
- Te rzeczowniki potrafią zaskoczyć nawet dorosłych Polaków
- Dwaj, dwóch czy dwiema? Liczebniki, które sprawiają najwięcej kłopotu
- Obce słowa, polskie problemy - jak odmieniać zapożyczenia?
Dlaczego niektóre polskie słowa tak trudno odmienić przez przypadki?
Polski język uznawany jest za jeden z najtrudniejszych na świecie. Trzeba przyznać, że w dużej mierze zasłużył sobie na to miano przez odmianę przez przypadki. Podczas gdy angielski radzi sobie bez niej niemal całkowicie, a francuski ogranicza się do kilku wyjątków, polszczyzna wymaga, by niemal każde słowo w zdaniu zmieniało swoją formę w zależności od roli, jaką pełni. To nie kaprys językoznawców, lecz spuścizna po językach prasłowiańskich, w których deklinacja była jeszcze bardziej rozbudowana niż dziś. Polski ją uprościł, ale nie zrezygnował z niej całkowicie - i właśnie w tym uproszczeniu tkwi źródło kłopotów…
Problem zaczyna się tam, gdzie reguła spotyka wyjątek. Większość rzeczowników odmienia się w miarę przewidywalnie, według jednego z kilku podstawowych wzorców. Zawsze jednak znajdzie się grupa słów, które z uporem trzymają się starych, archaicznych form, zapamiętanych jeszcze z czasów, gdy język wyglądał zupełnie inaczej. Do tego dochodzą tak zwane alternacje, czyli zmiany głosek w rdzeniu wyrazu przy odmianie - to właśnie przez nie "pies" zamienia się w "psa", a "sen" w "snu". Nikt nie uczy się tych zmian na pamięć jako dorosły - przyswaja się je nieświadomie w dzieciństwie, słuchając, jak mówią inni. Dlatego dopiero próba opisania tych reguł, na przykład obcokrajowcowi uczącemu się polskiego, obnaża, jak skomplikowany jest to system.
Osobny rozdział kłopotów to zapożyczenia - słowa, które polszczyzna przejęła z innych języków, ale nie zawsze zdołała w pełni "oswoić" gramatycznie. Część z nich odmienia się bez problemu, jakby zawsze były polskie (na przykład "komputer" czy "hotel"), inne uparcie stawiają opór i pozostają nieodmienne (jak "kiwi" czy "menu"), a jeszcze inne balansują gdzieś pośrodku, budząc wątpliwości nawet wśród osób, które posługują się polskim od urodzenia.
W efekcie okazuje się, że nawet native speaker może się zawahać, próbując poprawnie odmienić jakieś nietypowe słowo. To nie powód do wstydu, lecz dowód na to, jak żywy i nieregularny jest język, którym posługujemy się na co dzień, często nie zdając sobie sprawy z jego pułapek.
Przeczytaj także: Tak się kiedyś mówiło. Gwara uczniowska, która odeszła do lamusa
Te rzeczowniki potrafią zaskoczyć nawet dorosłych Polaków
Gdyby ktoś zapytał, jak brzmi liczba mnoga od słowa "przyjaciel", większość osób odpowie bez wahania - "przyjaciele". Problem zaczyna się dopiero przy dalszej odmianie, bo w dopełniaczu to już nie "przyjacielów", tylko "przyjaciół", a w narzędniku "przyjaciółmi", nie "przyjacielami". Rdzeń wyrazu zmienia się w trakcie odmiany tak bardzo, że gdyby ktoś uczył się polskiego od zera, mógłby pomyśleć, że to dwa zupełnie różne słowa. To właśnie jeden z najbardziej klasycznych przykładów tego, jak podstępna potrafi być polska deklinacja.
Podobnie zaskakuje słowo "ręka". W liczbie pojedynczej wszystko wygląda znajomo - "ręka", "ręki", "ręce" - ale w liczbie mnogiej pojawia się forma narzędnika, przy której wahają się nawet osoby z wykształceniem polonistycznym - "rękami" czy "rękoma"? Odpowiedź brzmi - obie są poprawne, choć "rękoma" to forma starsza, wywodząca się jeszcze z dawnej liczby podwójnej, używanej niegdyś specjalnie dla par (jak "oczy" czy "uszy"). To ślad dawnej gramatyki, który przetrwał do dziś, mimo że sama liczba podwójna zniknęła z polszczyzny już wieki temu.
Jeszcze ciekawszy przypadek to "dziecko" i "człowiek". Oba słowa w liczbie mnogiej zamieniają się w kogoś zupełnie innego… "Dziecko" staje się "dziećmi", a "człowiek" w ogóle rezygnuje ze swojego rdzenia na rzecz zupełnie nowego wyrazu - "ludzie". Językoznawcy nazywają to zjawisko supletywizmem, a więc sytuacją, w której odmiana danego słowa czerpie formy z dwóch, historycznie zupełnie różnych wyrazów. To trochę tak, jakby liczba mnoga od "kota" brzmiała nagle "pies" - z naszej dzisiejszej perspektywy zupełnie nielogiczne, ale efekt wielowiekowej ewolucji języka sprawia, że dziś traktujemy to jako coś oczywistego.
Na liście trudnych rzeczowników nie może zabraknąć także pary "oko" i "ucho" - w liczbie mnogiej dają nam "oczy" i "uszy", a nie, jak podpowiadałaby intuicja, "oka" czy "ucha". W narzędniku sytuacja robi się jeszcze ciekawsza, bo można usłyszeć zarówno "oczami", jak i archaiczne, ale wciąż poprawne "oczyma", co stanowi kolejną pamiątkę dawnej liczby podwójnej, przypisanej częściom ciała występującym w parach.
Dwaj, dwóch czy dwiema? Liczebniki, które sprawiają najwięcej kłopotu
Liczebniki mają w polskim wyjątkową pozycję - to jedyna część mowy, która potrafi zmieniać formę w zależności od rodzaju gramatycznego rzeczownika, jego przypadka, a czasem nawet od tego, czy mowa o osobach, czy o zwierzętach i przedmiotach. Efekt jest taki, że nawet proste zdanie z liczbą "dwa" potrafi mieć kilka różnych, poprawnych wariantów. I to właśnie ta wielotorowość najbardziej myli osoby uczące się polskiego, ale też sporo rodzimych użytkowników języka.
W mianowniku, gdy mówimy o mężczyznach, powiemy "dwaj mężczyźni" albo, równie poprawnie, "dwóch mężczyzn" - obie formy funkcjonują obok siebie, choć ta druga jest dziś zdecydowanie częstsza w mowie potocznej. Problem zaczyna się, gdy liczebnik trzeba odmienić przez dalsze przypadki: w narzędniku powiemy "z dwoma kolegami", ale już "z dwiema koleżankami" - bo liczebnik "dwa" w tym przypadku różnicuje się w zależności od rodzaju rzeczownika, z którym się łączy. To jedna z niewielu sytuacji w polskim, gdzie liczebnik zachowuje się niemal jak przymiotnik, dopasowując swoją końcówkę do płci osób, o których mowa.
Osobną kategorią, budzącą jeszcze więcej wątpliwości, są tzw. liczebniki zbiorowe - czyli formy w rodzaju "dwoje", "troje", "czworo". Używamy ich wtedy, gdy mowa o grupach mieszanych pod względem płci (na przykład "dwoje dzieci", "troje przyjaciół") albo o rzeczownikach, które nie mają liczby pojedynczej, jak "drzwi" czy "nożyczki" - stąd "dwoje drzwi", a nie "dwa drzwi". Wielu Polaków intuicyjnie czuje, kiedy użyć liczebnika zbiorowego, ale niewielu potrafiłoby wytłumaczyć, dlaczego akurat w tym miejscu - reguła jest tu bardziej skomplikowana niż podpowiada językowy instynkt.
Obce słowa, polskie problemy - jak odmieniać zapożyczenia?
Polszczyzna od wieków chętnie zapożycza słowa z innych języków - z łaciny, niemieckiego, francuskiego, a ostatnio przede wszystkim z angielskiego. Problem w tym, że język, przyjmując nowe słowo, musi też jakoś zdecydować, co z nim zrobić gramatycznie - czy wciągnąć je w system odmiany, czy zostawić w spokoju, w formie nieodmiennej.
Najprostszy przypadek to słowa, które polszczyzna przyjęła "z całym dobrodziejstwem inwentarza" - czyli razem z pełną odmianą, tak jakby zawsze były polskie. "Komputer", "hotel" czy "sweter" odmieniają się dziś bez najmniejszego problemu, dokładnie według tych samych wzorców, co rodzime rzeczowniki męskie. Ich obce pochodzenie zdradza już tylko brzmienie, nie sposób odmiany.
Zupełnie inaczej zachowują się słowa kończące się w wymowie na samogłoskę - zwłaszcza -i, -u czy akcentowane -e. "Kiwi", "menu", "taxi" czy "kakao" konsekwentnie odmawiają odmiany przez wszystkie przypadki - mówimy więc "zjadłem kiwi", "zjadłem dwa kiwi", "myślę o kiwi", bez najmniejszej zmiany końcówki. Ten sam mechanizm dotyczy wielu nazw własnych - miast czy marek zakończonych podobnie, jak "Tokio" czy "Bordeaux". Językowa zasada jest tu w gruncie rzeczy prosta - polszczyzna nie lubi dostawiać końcówek fleksyjnych po samogłoskach, które nie pasują do żadnego znanego jej wzorca odmiany. Łatwiej więc zostawić słowo w spokoju niż tworzyć sztuczne, nienaturalnie brzmiące formy.
Prawdziwe wyzwanie zaczyna się jednak tam, gdzie granica jest płynna. "Radio" na przykład odmienia się tylko częściowo - w liczbie pojedynczej owszem ("radia", "radiu"), ale liczba mnoga bywa kłopotliwa i część form używana jest rzadko lub wcale w mowie potocznej. Podobnie rzecz ma się z wieloma nazwami firm, marek czy zapożyczonymi terminami technicznymi, które dopiero "na naszych oczach" przechodzą przez proces oswajania przez język. To, co dziś brzmi nienaturalnie odmienione, za dekadę może stać się całkowicie standardową formą. Polszczyzna wchłania nowe słowa nieustannie, a reguła ich odmiany często krystalizuje się dopiero z czasem, w miarę tego, jak dane słowo się upowszechnia.
Osobną, równie trudną kategorią są nazwiska obcego pochodzenia. Zasada ogólna mówi, że nazwiska męskie zakończone na spółgłoskę odmieniamy tak jak polskie rzeczowniki (a więc mówimy "z Johnem Smithem", "u Terence'a"), ale przy zakończeniach nietypowych dla polszczyzny - jak francuskie nazwiska kończące się na nieme spółgłoski, czy azjatyckie imiona i nazwiska o zupełnie innej strukturze głoskowej - nawet osoby biegłe językowo zaczynają się wahać i ostatecznie wybierają formę nieodmienną, żeby uniknąć błędu.
Źródło: ciekawiodzawsze.pl, bryk.pl


